Uwielbiam podróżować po nieznanych zakątkach świata. Moim marzeniem była podróż do Afryki, która wreszcie mogła się spełnić! Kocham poznawać nowe kultury i z zaciekawieniem obserwować jak żyją tam ludzie. Pomimo tego, że lot do Tanzanii był długi i męczący, już kiedy wysiadłam z samolotu poczułam pierwsze ciepłe promienie słońca i usłyszałam radosne „Karibu” (w Suahili: Witaj). Bardzo szybko zroumiałam, że mogę zapomnieć o europejskich standardach obsługi pasażerów. Wszystkim Tanzańczykom przyświeca zasada „pole-pole”(w Suahili: wolno-wolno). Zatem pośpiech nie jest tu mile widziany.
Już następnego dnia od rana wypytywałam z rodzicami o możliwość wizyty w lokalnej szkole. Pracownicy hotelu patrzyli na nas ze zdziwieniem. Żadne wycieczki dla turystów nie przewidywały takiej możliwości. Wreszcie udało się dotrzeć do byłego ucznia szkoły, który uzyskał dla nas zgodę dyrektora na wizytę w zamian za udzielenie drobnego wsparcia finansowego. Dziś mogę powiedzieć, że to nie piękny hotel, safari jeepem, czy kolor Oceanu Indyjskiego zapadł mi w pamięci najbardziej. Ale to jak zostaliśmy przyjęci przez tanzańskie dzieci, nauczycieli i dyrektora tej szkoły. Już od wejścia na teren szkoły czułam, że znalazłam się w innym świecie. Moja osoba budziła ogromne zainteresowanie. Spoglądało ma mnie dziesiątki dziecięcych oczu. Blondynka z niebieskimi oczami to z pewnością niecodzienny gość tej szkoły. Na twarzach tanzańskich dzieci widziałam to samo zdziwienie, które ogarniało jednocześnie mnie. Dla nich byłam uosobieniem egzotyki, co czyniło mnie tak samo „inną” dla nich, jaki oni byli dla mnie.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do pokoju nauczycielskiego, w którym powitał nas nauczyciel języka angielskiego i dyrektor szkoły. Wszędzie panował afrykański nieład. Na biurku leżał stos papierów, na ścianie wisiał portret prezydenta Tanzanii. Wpisaliśmy się do księgi szkoły i zaczęliśmy jej zwiedzanie. Przekraczając próg klasy moim oczom ukazał się widok obdrapanych ścian, zamiast okien wstawione były kraty. Na starej tablicy trudno było rozczytać zapiski nauczyciela. Ławki, w których siedziały dzieci były bardzo zniszczone. Ale to wszystko nie miało znaczenia, kiedy dzieci zaśpiewały dla nas pierwszą piosenkę. Byłam zafascynowana ich światem i szczęśliwa stojąc na środku klasy i patrząc na te śliczne buzie. Wszyscy byli tacy uśmiechnięci, chociaż szkoła oferowała im tak niewiele. Nie było w niej komputerów, ani wygodnych krzeseł, nie było elektronicznych tablic i dobrze wyposażonych sal do chemii, czy biologii. Co było dla mnie dużym zaskoczeniem podręczniki do nauki były w języku angielskim, ponieważ zostały podarowane przez jedną ze szkół w Anglii. Dzieci nie mogą się z nich jednakuczyć, ponieważ większość nauczycieli w tej szkole mówiło jedynie z języku Suahili.
Jak wygląda szkolna mensa w Afryce? Pomyślałam, że muszę to zobaczyć. Zaprowadzono nas pod drzewo, gdzie przygotowane było palenisko z dużym kotłem. Przy nim siedziały kobiety. Jak się okazało, „jedzenie” spacerowało jeszcze po szkolnym podwórku. Moją uwagę przykuły też szkolne mundurki. Nie ma wśród dzieci rywalizacji o markowe ubrania. Jak się okazało zakup mundurka dla dziecka (koszt 15$) w Afryce to ogromne obciążenie finansowe dla rodzica. Dlatego w wielodzietnych rodzinach jedynie jedno dziecko może pójść do szkoły i uczyć się. Pomyślałam wtedy, że tak bardzo nie doceniamy tego co mamy na co dzień w europejskich szkołach. Prawo do nauki wydaje się tak oczywiste, a wciąż nie wszystkie dzieci w XXI wieku mogą chodzić do szkoły, uczyć się i spełniać swoje marzenia. Kończąc wizytę w afrykańskiej szkole, pomyślałam, że można być szczęśliwym, mając tak niewiele. Na pewno tam kiedyś wrócę…
Zuzanna Białek - uczennica 9 klasy polsko-niemieckiej Szkoły Europejskiej Robert-Jungk Oberschule w Berlinie.
Foto: Pixabay
